MAŁŻEŃSKIE

·

„Kto kocha naprawdę, zawsze znajdzie czas, aby przeprosić”.

Jan Budziaszek „Do nieba idzie się…”

·

KRYZYSY MAŁŻEŃSKIE

Było kilka kryzysów w naszym małżeństwie. Nie kończyły się one spektakularnymi odejściami z domu czy wzajemnym maltretowaniem. Zwykle te trudne doświadczenia zaczynały się od przykrych słów wypowiedzianych w gniewie, lodowatego spojrzenia żony i następujących po kłótni „cichych dniach”. Kłóciliśmy się najczęściej o wychowanie dzieci, o rodziców, o niezrozumienie swoich potrzeb, o finanse oraz o „władzę” w domu i małżeństwie. Każde z nas chciało „przeciągnąć” współmałżonka na swoją stronę i udowodnić, że to ten drugi zrobił mu krzywdę. Opracowywaliśmy strategię zmiany zachowania UMIŁOWANEGO i byliśmy święcie przekonani, że jesteśmy niewinni.

Na studiach podyplomowych z zakresu nauk o rodzinie dowiedzieliśmy się, że jedyną osobą na którą możemy skutecznie wpłynąć i którą możemy zmienić jesteśmy… MY SAMI! Gdy staram się walczyć ze swoimi złymi przyzwyczajeniami, lenistwem, brakiem cierpliwości, a mój mąż widzi moje starania, on również mobilizuje się do zmian. Wdzięczność za zwykłe, codzienne rzeczy i dobre słowo, które przecież nic nie kosztuje, jest najskuteczniejszą profilaktyką kryzysów w związku.

Niesamowitą motywację do zgody dawały i dają nam dzieci, które od razu widziały, że „coś jest nie tak”. Nie umieliśmy klękać z dziećmi do modlitwy rodzinnej i odmawiać „Ojcze nasz” bez choćby minimalnego pragnienia pojednania. Pierwsza rozmowa po kłótni zawsze rozpoczynała się od słowa „Przepraszam”. Potem z reguły zasiadaliśmy wspólnie do stołu i rozpoczynaliśmy dialog na trudne tematy, które nas bardzo bolały. Podczas rozmowy staraliśmy się wzajemnie słuchać, zrozumieć, podjąć postanowienia i wdrożyć je w nasze życie. Czy kryzysy nas już omijają? Absolutnie nie! Wciąż borykamy się z podobnymi problemami i denerwują nas nasze słabości. Jednak wiele fundamentalnych spraw mamy już przegadanych i wiemy, że wzajemne przebaczenie (oby nastąpiło ono jak najszybciej) jest najlepszym i jedynym do zrealizowania scenariuszem dla nas.

O MOWIE I SŁUCHANIU

Będąc jeszcze studentem 1 roku geografii, usłyszałem od wykładowcy psychologii o książce J. Greya pt.: „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus”. To z tej książki dowiedziałem się, że podstawową potrzebą kobiety jest być wysłuchaną – bez przerywania, oceniania, radzenia i rozwiązywania jej problemów. Było to dla mnie rewolucyjne odkrycie. Minęło jeszcze wiele lat, zanim na dobre zacząłem wsłuchiwać się w potrzeby Ani i na nie odpowiadać. Taki był początek próby wejścia w kobiecy świat (bo nie jest możliwe zrozumienie go z punktu widzenia mężczyzny, podobnie jak niemożliwe jest zrozumienie męskiego świata z punktu widzenia kobiety). Potem było jeszcze wiele książek na damsko-męskie tematy, ale też wiele kłótni, nieporozumień i wzajemnych zarzutów, które zmobilizowały nas i wciąż nas mobilizują do znajdowania wspólnego języka. Sztuką jest nauczyć się tak rozmawiać, by mówić o SWOICH potrzebach we właściwy, nie raniący i nie atakujący UMIŁOWANEGO współmałżonka sposób.

Wsłuchiwanie się w drugą osobę, zwłaszcza płci przeciwnej, jest bardzo trudnym, delikatnym, ale i niezwykłym doświadczeniem. Szczególną radość sprawiają mi te sytuacje, gdy wysłuchana i zrozumiana żona mówi na koniec, że czuje się już dobrze i jest po prostu szczęśliwa.

O INTYMNOŚCI INACZEJ

Od początku naszej znajomości postawiłem sprawę jasno: skoro wchodzę w relację z Anią, rezygnuję z relacji z innymi dziewczynami. Nie będę tańczył z kobietami (z wyjątkiem tych z rodziny), umawiał się na rozmowy przy herbacie, przyjaźnił się itd. A wszystko po to, by w całości oddać się UMIŁOWANEJ osobie i by ona czuła się zawsze najważniejsza. Pewnie z tego powodu jestem oszczędny w okazywaniu uczuć innym kobietom, ale nie stanowi to dla mnie problemu. Uczuciami i czułością obdarowuję wyłącznie moją żonę. Z drugiej strony nie tworzę sytuacji dwuznacznych, które – w chwili kryzysu małżeńskiego czy słabości – wzbudzałyby u Ani niepewność bądź narażałyby mnie na pokusę. To moja zasada i dobrze pamiętam słowa J. Budziaszka: „Żonaty mężczyzna nie powinien utrzymywać bliskich stosunków z żadną kobietą poza własną żoną”.

NPR

Z tematem Naturalnego Planowania Rodziny (NPR) zetknęliśmy się po raz pierwszy na rekolekcjach dla rodzin, podczas których słuchaliśmy „jednym uchem” świadectw życia par z różnym stażem małżeńskim, natomiast „drugim” – bawiących się dzieci uczestników. Małżonkowie mówili o tym, że warto przyjąć i cieszyć się nieprawdopodobnie cennym darem płodności i nie traktować go jako przeszkody w dążeniu do szczęścia. W ten sposób pierwsze ziarno w moim sercu zostało zasiane.

W środowisku studenckim, w którym żyłam (mieszkałam w akademiku), antykoncepcja była oczywistym i jedynym rozwiązaniem kwestii płodności, a szczytem „odpowiedzialności” było wspólne składanie się pary na zakup tabletek antykoncepcyjnych. Gdy na katechezie przedmałżeńskiej wysłuchaliśmy wykładu o możliwościach i skuteczności nowoczesnych metod rozpoznawania płodności, moje oczy otworzyły się. Nie wiedziałam do tej pory, że jest inna, tak naprawdę jedyna, wartościowa droga! Drugie ziarno zakiełkowało już dużo głębiej w moim sercu. Krzysiek od razu „połknął haczyk”. Podchodząc do sprawy racjonalnie i naukowo, zaopatrzył się w materiały i książki niezbędne do zrozumienia kobiecego cyklu. Początkowo, motywacją do skierowania się w stronę NPR nie były argumenty teologiczne czy dotykające sfery moralności, ale logiczne, racjonalne myślenie. Skoro nauka daje możliwości darmowego, zdrowego i skutecznego rozpoznania płodności, to po co truć się antykoncepcją? Zaczęłam robić obserwacje. Początki nie były łatwe, głównie z powodu mojego braku wytrwałości i systematyczności. Opanowaliśmy podstawową wiedzę, a ja – mimo nieregularnych cykli i problemów zdrowotnych – nauczyłam się prowadzenia obserwacji. Tak przygotowani weszliśmy w związek małżeński.

Nigdy nie stosowaliśmy żadnych środków antykoncepcyjnych. Przyjmujemy naszą płodność jako coś naturalnego i nie „zabezpieczamy się” przed dzieckiem. Niesamowitych zalet, jakie niesie ze sobą NPR, doświadczyliśmy osobiście. Widząc u siebie objawy płodności zaakceptowałam w pełni swoją kobiecość, jestem z niej dumna i nauczyłam się nią cieszyć. Nasze małżeństwo wzmacnia się, gdy czekamy na siebie i kwitnie – gdy radujemy się wspólną bliskością. Wraz z upływem lat odkrywamy w naszym życiu coraz głębszy sens tego wyboru.

Dzięki NPR wciąż żyję na tym świecie. Niespełna rok po urodzeniu synka byłam w ciąży pozamacicznej, którą udało nam się zdiagnozować dzięki obserwacjom i wiedzy, jaką daje NPR. Pewnego dnia pojawiło się u mnie nietypowe krwawienie i bardzo mocno zabolało mnie podbrzusze. Po szybkiej analizie karty cyklu i porównaniu jej z podręcznikiem do NPR natychmiast udaliśmy się do szpitala, gdzie badanie USG potwierdziło nasze przypuszczenie – ciążę pozamaciczną. W stanie bezpośredniego zagrożenia życia trafiłam natychmiast na stół operacyjny. Straciliśmy nasze drugie dziecko – Alicję, ale uratowaliśmy, z Bożą pomocą, moje życie.

Patrząc wstecz myślę, że najważniejsze w przyjęciu NPR jest pełne zrozumienie tego, czym ono jest i jakie dobro ze sobą niesie. To wymaga pewnego czasu, przeczytania książki na ten temat, porozmawiania z mądrymi ludźmi, a przede wszystkim otwarcia się i przyjęcia faktu, że płodność jest obszarem „do ogarnięcia”, a nie polem minowym, na którym czekają nas same niebezpieczeństwa.

POWOŁANIE

Do przemyślenia tematu zainspirowały nas własne przeżycia i kilka rozmów z innymi (dotyczyły tego, że kobieta zupełnie inaczej przeżywa małżeńskie zbliżenia w czasie płodnym i niepłodnym).

Główna nasza myśl jest taka:
Każdy mężczyzna w zamyśle Boga jest wojownikiem. Powołany do tego, by wciąż walczyć. Jeśli jest mężem, także do tego, by wciąż na nowo zdobywać swoją żonę, jej serce.

Każda kobieta w zamyśle Stwórcy jest powołana, by tworzyć Ciepło. Tam, gdzie się znajduje, na różnych płaszczyznach, w różnych relacjach. Jeśli jest żoną, także do tego, by wciąż tworzyć ciepło dla swojego Męża.

Kobieta i Mężczyzna są zaproszeni do realizowania tego zadania w wielu różnych aspektach. Także w małżeńskim współżyciu. Pytanie pojawia się jeśli z jakiegoś powodu (Bożego!) małżonkowie podejmują współżycie tylko w czasie niepłodnym. Co wtedy, skoro kobieta zupełnie inaczej je przeżywa? A mężczyzna przecież czuje, że jest jakoś trudno? U różnych małżeństw różne są te trudności, wiemy. Tu chodzi o główną myśl.

Często i przez długi czas wracaliśmy do tego tematu. No bo przecież nasz Bóg jest dobry. Jest Miłością. Każde Jego dzieło jest dobre. Każde Jego dzieło mówi o nim.

Spróbowaliśmy spojrzeć na dzieło płodności Bożymi oczami.

Wniosek jest taki. Czas niepłodny (niezależnie od tego, czy małżeństwo odkłada poczęcie czy nie), jest dany małżonkom po to, by także w tej dziedzinie mogli realizować to, do czego powołuje ich Bóg względem siebie nawzajem. Mężczyzna ma okazję, by świadomie zabiegać o serce i ciało swojej żony. By zdobywać ją na różne sposoby. Uczyć się tego, co sprawia jej przyjemność, co otwiera na spotkanie, co daje radość. By poznawać swoją towarzyszkę życia. (Mój mąż z wielkim filuternym uśmiechem stwierdził, że to także gwarantuje wierność, bo któremu Mężczyźnie chciałoby się przeżywać coś takiego więcej niż raz :D). Kobieta w czasie niepłodnym ma okazję, by uczyć się otwartości na swojego męża, takiej dogłębnej. Także by w głębi serca, z Bożą pomocą, szukać ciepła, którego przecież także w tym czasie potrzebuje mąż. Przed Żoną stoi wyzwanie, by zachowywać otwarte serce, aby Mąż mógł ją zdobywać.

Chociaż ten post jest taki długi, to tylko kropla tego, czym chcieliśmy się podzielić. Bóg jest MIŁOŚCIĄ.

Milena i Michał